piątek, 28 czerwca 2013

19. Never let me go



Jest środek nocy. Jowita została ze mną, chociaż prawdę mówiąc wolałabym być teraz sama. Ona śpi, czego nie mam jej za złe, a ja znowu płaczę. Nie wiem ile jeszcze łez jestem w stanie z siebie wylać. Czuję się tak, jakby ktoś wyssał ze mnie życie. Dobija mnie fakt, że tak bardzo ranię Nathana ale nie mam innego wyjścia. Nie mogę narażać go na niebezpieczeństwo. Nie mogłabym funkcjonować ze świadomością, że jemu stała się jakaś krzywda z mojego powodu. Zresztą teraz też nie funkcjonuje. Ja egzystuję. Tego nawet nie można nazwać życiem. Zastanawiam się nad powrotem do Polski. Tysiące myśli kotłuje się teraz w mojej głowie. Próbuję sobie wyobrazić siebie za kilka dni, miesięcy, lat i ciągle widzę tylko to, co w tej chwili. Załamaną, zapłakaną dziewczynę, która z dnia na dzień stała się wrakiem człowieka. Nagle zrywam się z łóżka, bo dzwoniącą mi w uszach ciszę przerywa głośne walenie do drzwi. Jowita natychmiast się budzi i patrzy na mnie.
- Ada, otwórz. Wiem, że tam jesteś. Błagam, otwórz! – Słyszę głos Nathana i moje serce krwawi z bólu. Co on tu robi? Mieli wrócić jutro.
- Idę mu otworzyć. – Moja przyjaciółka już wstaje z łóżka, ale ja ją powstrzymuję.
- Nie. Nie pozwalam.
- Ada, do jasnej cholery!
- Nie otworzysz mu. – Mówię, próbując złapać oddech. – Nie.
- Jak to nie?!
- On musi zrozumieć, że… Nie możemy być razem. Musi zapomnieć.
- Czy Ty wiesz, jak go tym krzywdzisz? – Pyta Jowita, a ja łapię się za głowę i siadam na podłodze, nie mogąc przestać płakać. – On nie może bez Ciebie żyć, wszyscy to wiedzą. Ada, proszę Cię… - Przyjaciółka kuca obok i gładzi mnie po plecach.
- Ada, kochanie! Otwórz, błagam! – Woła Nathan jeszcze głośniej waląc do drzwi.
- Otworzę mu teraz, dobrze?
- Jeśli to zrobisz, koniec  z naszą przyjaźnią. – Mówię cicho, umęczonym głosem.
- Ada…
- Uszanuj moją decyzję.
Jowita już nic nie mówi. Po prostu pomaga mi wstać, kładzie mnie do łóżka i przytula się do mnie. A Nathan nie przestaje dobijać się do drzwi. Dopiero nad ranem robi się cicho. 

Jowita zrobiła dla nas śniadanie, ale mnie od zapachu tostów robi się niedobrze. Nie chcę jeść, nie chcę pić. Nic już nie chcę. Ostatnie godziny były koszmarem, a to dopiero początek tej udręki. Ubieram się i oznajmiam przyjaciółce, że muszę się przewietrzyć, bo za chwilę chyba zwymiotuję. Jak widzę, za oknem jest szaro, ponuro i zapewne zimno. To pasuje do aktualnego stanu, w jakim się właśnie znajduję. Zakładam trampki i ciepłą bluzę z kapturem. Przelotem przyglądam się sobie w lustrze. Nigdy w życiu nie wyglądałam tak koszmarnie. Coś zgasło w moich oczach. Nie mogę na siebie dłużej patrzeć. Otwieram drzwi i… Zamieram. Nathan siedzi skulony na wycieraczce, opierając głowę o kolana. Powoli podnosi na mnie swoje oczy. Wyglądają zupełnie jak moje. Są takie puste, bez wyrazu. Przepełnione bólem. Dostrzegam, że płakał. Mój żołądek boleśnie się skręca, a serce pędzi szybko, coraz szybciej. On był tutaj całą noc. Nie wiem, co zrobić. Tak bardzo chcę go teraz przytulić i nigdy już nie wypuścić. Tak bardzo chcę go pocałować. Chcę, żeby było dobrze, żebyśmy byli razem i szczęśliwi. Ale tak się nie stanie. Łzy na powrót napływają do moich oczu, gdy wymijam go bez słowa i idę w stronę schodów. On jednak natychmiast zrywa się na nogi i łapie mnie za rękę.
- Ada, proszę… - Mówi z nieopisanym bólem w głosie.
- Daj mi spokój. – Nie wiem, jak udaje mi się wypowiedzieć te słowa.
- Błagam, spójrz na mnie.
- Nie, zostaw mnie. – Próbuję mu się wyrwać, ale on mi na to nie pozwala.
- Jak możesz nam to robić? Jak możesz… - Słyszę, że głos mu się załamuje i mimowolnie spoglądam w jego zielone tęczówki.
- Mogę. – Mówię starając się nie rozpłakać gdy widzę, że do jego oczu napływają łzy.
- Nie zostawiaj mnie!
- Za późno. – Ledwo wypowiadam te słowa i uciekam schodami w dół. On biegnie za mną. Nie chcę, żeby mnie dogonił chociaż wiem, że to zrobi. Przyspieszam, dławiąc się płaczem, ale on mnie wymija i zachodzi mi drogę.
- Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie! – Mówi Nath. Po jego policzkach spływają łzy. – Rozumiesz? Nie rób mi tego!
- Nathan, ja… - Urywam w pół zdania, bo nie wiem, czy te słowa przejdą mi przez gardło. – Nathan, ja Cię nie kocham. Już nie.
- Jak to… Nie kochasz mnie? – Grymas bólu na jego twarzy sprawia, że mam ochotę umrzeć, zniknąć z powierzchni ziemi i nie czuć tego, co czuję w tej chwili.
- Nie kocham Cię, nie chcę być z Tobą.
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
- Zostaw mnie. – Mówię, chociaż przecież tak naprawdę tego nie chcę.
- Nie mam zamiaru! Myślisz, że tak po prostu się poddam? Że jacyś obcy ludzie będą mówili mi, kogo mam kochać? – Nath przysuwa się w moją stronę, ale ja robię krok w tył.
- Nie… Ja… Nie chcę Ciebie, nie chcę. – Znów go okłamuję. Siebie, jego, jakby to miało nam obojgu pomóc, coś ułatwić w tej sytuacji. Naprawdę nie wiem, dlaczego to robię. Czuję się taka zagubiona, otumaniona tym wszystkim. Próbuję już każdego sposobu. On musi mnie zostawić, bo nie chcę, żeby stała się mu jakakolwiek krzywda. – Nie kocham Cię, Nathan!
- Udowodnij! – W momencie, kiedy Nathan wypowiada to słowo, zaczyna padać rzęsisty deszcz. A w chwilę później jego wargi zachłannie, desperacko wpijają się w moje usta. Nie jestem w stanie się oprzeć. Nie chcę się opierać. Nath wplata palce w moje mokre już włosy i nie przestaje mnie całować. Przyciskam dłoń w miejscu, gdzie bije jego serce i zatracam się w tej chwili.
- Nie kochasz mnie…? – Pyta cicho między pocałunkami. Wciąż pada, ale mam to gdzieś.
- Kocham Cię. Nie umiem bez Ciebie żyć, ale Nathan…
- Kochanie, zrozum jedną ważną rzecz. – Nath bierze moją twarz w swoje dłonie i patrzy z miłością w moje oczy. – Jeśli umrę, to tylko dlatego, że Ciebie przy mnie nie będzie.
- Ale…
- Kocham Cię. Kocham Cię tak bardzo. – Sykes nie pozwala mi dokończyć i znów jego usta dotykają moich. 

Zabieram Nathana do mieszkania. Jowita wręcz skacze pod sufit, kiedy widzi nas razem. Stwierdza, że zdecydowanie zostawia nas teraz samych i pędzi do Maxa bo okropnie się za nim stęskniła. Jesteśmy przemoczeni i trochę zmarznięci. Zamykam za przyjaciółką drzwi i mam gonitwę myśli. Spanikowałam, wystraszyłam się nie na żarty, że Nathanowi naprawdę może się coś stać, jeśli nadal z nim będę. Ale on nie pozwoli mi od siebie odejść. Nie pozwoli mi się poddać bez walki. Nie da się zastraszyć. Odwracam się w jego stronę i widzę, jak zdejmuje z siebie mokrą koszulę. Moje wnętrzności wariują. Nathan jest taki piękny. Piękny i tylko mój. Zagryzam wargę i odsuwam zamek bluzy. Przykuwam tym jego uwagę. Uśmiecha się do mnie i wyciąga w moim kierunku swoją dłoń. Ujmuję ją i on przyciąga mnie do siebie. Zsuwa bluzę z moich ramion i rozbiera mnie z podkoszulka. Moje ciało w sekundzie pokrywa gęsia skórka, bynajmniej nie dlatego, że jest mi zimno. Zieleń jego oczu jest najpiękniejszym kolorem, moim ulubionym. Nathan się pochyla i czuję jego gorące usta na swojej szyi. Znów wiem, że żyję.
- Kochaj mnie. Teraz. – Szeptam, gdy jego ciepły oddech otula moje wargi.
Nath bierze mnie za rękę i prowadzi do pokoju, gdzie lekko popycha mnie na łóżko. Przygniata mnie swoim ciężarem i podpierając się na łokciach, patrzy w moje oczy tak czule, jak jeszcze nigdy przedtem.  A potem znów jego usta sięgają moich warg, żeby w chwilę później rozpocząć wędrówkę po moim ciele. Przymykam powieki, wplatając palce w jego włosy i chłonę każdy jego pocałunek. Napawam się ciepłem i miękkością jego ust, bo mam wrażenie, że ostatnie godziny, to były długie dni, w ciągu których umierałam kawałek po kawałku. Teraz, kiedy on jest przy mnie na nowo mogę oddychać. Nathan na moment odrywa usta od mojego brzucha i zsuwa ze mnie mokre dżinsy. Cała płonę od jego spojrzenia. Tyle w nim uczucia. Nigdy nie przypuszczałam, że zakocham się tak bardzo. Że spotka mnie taka miłość, jak ta. Że poznam zupełnie przez przypadek kogoś tak idealnego jak Nathan. Zastanawiam się, czy to nie sen, ale wtedy nasze usta ponownie łączą się w pocałunku. Nath splata swoje palce z moimi, całując mnie subtelnie, ale zarazem zachłannie.
- Razem. Zawsze. – Szepta po dłuższej chwili, patrząc w moje oczy. Kiwam głową, a po moim policzku spływa łza. Łza szczęścia.

Leżemy przytuleni i rozmawiamy, kiedy rozdzwania się telefon Nathana. To Jay.
- Ej, ludzieeee! Robimy imprezę z okazji tego, że skończył się ten wasz krótki dramat. Wracajcie natychmiast do domu! – Bird mówi tak głośno, że Nathan odsuwa telefon od ucha. Wybucham śmiechem, wtulając twarz w jego szyję. – O, Ada słoneczko! Wróć, bo tęsknię!
- Jay, zapominasz się! – Nath od razu się bulwersuje, ale ja podnoszę głowę i składam buziaka na jego ustach, żeby go udobruchać.
- No, to ile mamy na was czekać?
- Będziemy niedługo! – Mówię i Nathan się rozłącza.
- Co za ludzie. Ani chwili spokoju. – Mruczy Nath, mocniej mnie obejmując.
- Im tylko imprezy w głowie. Za to nam… - Nasze spojrzenia się spotykają i uśmiechamy się do siebie.
- Masz ochotę na spaghetti, zanim wrócimy do domu? – Pyta Nath, zakładając kosmyk włosów za moje ucho.
- Jasne! Jestem strasznie głodna. Ale zaraz… Ty chcesz mi puścić kuchnię z dymem, kochanie?
- Bardzo śmieszne, wiesz? – Nath przewraca oczami i skrada mi całusa. – Przecież umiem gotować!
- Okay, ufam Ci. – Śmieję się i podnoszę, jednak Nathan nie pozwala mi wstać.
- A Ty dokąd? – Sykes zahacza nosem o mój nos, jego dłonie wędrują wzdłuż moich nagich pleców.
- Chciałam iść pod prysznic. – Odpowiadam czując, że znowu robi mi się gorąco.
- Jeszcze nie… - Szepta Nath i jego wargi muskają delikatnie moje.

Wchodzimy do domu, a tam… Muzyka dudni, gwar, śmiechy, radosne okrzyki i pijaństwo. Dopada mnie Kelsey i mocno się przytula. To już oficjalne, mogę ją nazwać przyjaciółką. Mówi mi, że strasznie się martwiła, ale zna Nathana i wiedziała, że on nie pozwoli mi odejść. Rozmawiamy chwilę, ale w całym domu rozbrzmiewa właśnie „Teenage dream” Katy Perry i porywam Nathana do tańca. Uwielbiam sposób w jaki on się porusza. Zarzucam mu ręce na szyję i czuje jego dłonie na swoich biodrach.
- My heart stops, when you look at me. – Śpiewam razem z Katy, zatracając się w zieleni jego oczu.
- Just one touch, now baby I believe this is real. – Odpowiada Nathan i pochyla się, żeby mnie pocałować. I znów mam przy sobie cały mój świat. Mam jego.
Piosenka się kończy i Nath ciągnie mnie do ogrodu. Po drodze witam się z Jayem, bo on chyba nie przeżyłby, gdyby mnie nie uściskał. Jakby tego było mało, Bird każe nam wypić po jednym kieliszku wódki, bo jest co oblewać. Oczywiście nie odmawiamy mu. Więc Jay się rozkręca i wmusza w nas jeszcze po jednym shotcie. On idzie pić dalej, a my przechodzimy przez drzwi balkonowe i wychodzimy na taras. Mijamy Jowitę i Maxa, jednak oni wcale nas nie widzą. Moja przyjaciółka stoi oparta o ścianę, a George namiętnie wpija się w jej usta. Kto by pomyślał, że tak się w sobie zakochają. Uśmiecham się pod nosem i idę za Nathanem, który prowadzi mnie w głąb ogrodu. W końcu się zatrzymuje i przyciąga mnie do siebie. Smakuje jego pocałunków i jestem tak cholernie szczęśliwa.
- Myślałem, że umrę, kiedy się dowiedziałem, że odeszłaś. – Mówi cicho Nath, gdy odrywamy się na moment do swoich ust.
- Przepraszam Cię, kochanie. Wystraszyłam się, że ktoś zrobi Ci krzywdę. Chciałam Cię chronić.
- Jesteś… Niesamowita. Każdego dnia dziękuję Bogu, że Cię mam. – Szepta Nathan, a w moich oczach stają łzy. Zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na tak cudownego faceta.
- Boję się o Ciebie.
- Nie bój się, skarbie. Poradzimy sobie. Obiecuję Ci. Tylko nie zostawiaj mnie już nigdy więcej.
- Nigdy więcej. – Mówię i moje usta na powrót sięgają jego ciepłych warg.

xxx

Okej... To tyle... Jak wyszło? ;D

poniedziałek, 3 czerwca 2013

18. You're all I want, you're all I need, you're everything... everything



Stoję pod prysznicem już prawie godzinę, mając nadzieję, że gorąca woda mnie rozluźni. Dziś Sykes zabiera mnie do swojego domu rodzinnego, a ja, jak to ja, umieram z nerwów. Jowita się ze mnie śmieje i ma ubaw z tego, że tak panikuję. Nie ma to, jak wsparcie przyjaciółki. Ciekawa jestem, jak ona się zachowa, kiedy Max zabierze ją do swojej mamy, a wydaje mi się, że to już niebawem może nastąpić i George pójdzie w ślady Nathana. Zakręcam wodę i wychodzę z kabiny myśląc o tym, w co się ubrać. Owijam się ręcznikiem i przemykam korytarzem do naszego pokoju.
- Mmmm, hej. – Słyszę za swoimi plecami głos Jaya i odwracam się szybko.
- Już wróciliście? – Ściskam ręcznik mocniej bo mam wrażenie, że od jego spojrzenia za chwilę jakimś cudem zsunie się w dół. Ach, ten Jay. – Eeee… Gdzie Nath?
- Na dole. W kuchni. – Bird, jak to Bird lustruje mnie z góry na dół i z powrotem.
- McGuiness, bo powiem wszystko Nathanowi! – Wybucham śmiechem, powoli wycofując się do pokoju.
- Nic nie mogę na to poradzić! – Odpowiada Jay, rozkładając ręce.
- Do zobaczenia później! – Mówię z uśmiechem i zamykam drzwi tuż przed jego nosem. Co za facet! Wkładam szybko bieliznę i właśnie wtedy do środka wchodzi Nath. Standardowo, mój żołądek urządza sobie przejażdżki.
- Żałuję, że nie wszedłem ciut wcześniej. – Mówi powoli, zniżając głos, czym w jednej chwili doprowadza mnie do szaleństwa. Wstrząsa mną dreszcz. Jakie to typowe.  
- Cześć… - Dukam, czując to niesamowite przyciąganie między nami.
- Hej. – Odpowiada i tym jednym słowem sprawia, że w sekundzie znajduję się przy nim i całuje go gorąco na powitanie, wsuwając dłonie pod jego koszulkę. – Kochanie… - Mruczy wprost w moje usta, a jego palce wędrują w dół, wzdłuż mojego kręgosłupa. – Nie masz pojęcia, jak bardzo jesteś idealna.
- Nie jestem. – Szeptam, składając pocałunek na jego szyi.
- Dla mnie jesteś. – Nath chwyta moją twarz w swoje dłoń i jego usta ponownie odnajdują moje.
- Muszę się szykować, bo spóźnimy się do twojej mamy. - Mówię, gdy odrywamy się od siebie. Cholera, znowu zaczynam się denerwować tym spotkaniem.
- Też idę pod prysznic. Niedługo jedziemy. – Sykes całuje mnie przelotnie i wychodzi. Ja natomiast idę po Jowitę, bo potrzebuję jej rady.

Wychodzę z auta na chwiejnych nogach. Jasny gwint, jestem taka stremowana, że mam ochotę stąd wiać. Ale przecież nie mogę. Muszę natychmiast wziąć się w garść! Jowita ubrała mnie w czarne rurki i zwiewną, miętową bluzkę bez ramion. Na to wcisnęła mi żakiet i kazała się ogarnąć. Nath ma ze mnie ubaw, no świetnie. Wręcz śmieje się na głos, otwierając mi bramkę i biorąc mnie za rękę. Piorunuje go spojrzeniem, ale on tylko składa pocałunek na mojej dłoni i ciągnie mnie za sobą.
- Cześć! – Zanim Sykes zdąży zapukać, drzwi otwiera nam drobna blondynka, jak się domyślam jego siostra.
- Hej, mała! – Nath przytula siostrę, a ja nie mogę się nie uśmiechnąć. - Jess, to jest właśnie moja Ada. – Mówi Sykes spoglądając na mnie czule. – Moja dziewczyna.
- Miło Cię poznać! – Jess ściska mnie na powitanie i nagle w niewyjaśniony sposób cały stres, który mnie paraliżował, znika.
- Mnie Ciebie także. – Uśmiecham się do niej, czując, jak coś przytula się do mojej nogi.
- Tia! – Nath schyla się i bierze swojego kota na ręce. – No, popatrz, skarbie, już Cię polubiła.
- Dobry znak. – Mówi uśmiechnięta siostra Nathana i zaprasza nas do środka, gdzie czeka już na nas ich mama.
Uśmiecha się do mnie serdecznie i już wiem, że niepotrzebnie się martwiłam. 

Po obiedzie i długich rozmowach, Nathan zabiera mnie na górę, żeby pokazać mi swój pokój. Oczywiście towarzyszy nam Tia. Pomieszczenie jest przytulne i pachnie w nim cytrusami. Na ścianach wisi kilka plakatów jego idoli, a na półkach stoi mnóstwo ramek ze zdjęciami. Podchodzę bliżej i mimowolnie się uśmiecham widząc małego Nathana na rowerze. Tia łasi się do mnie więc biorę ją na ręce i przyglądam się dalej. Na jednym ze zdjęć Nath stoi obok mężczyzny, do którego jest bardzo podobny. Domyślam się, że to jego ojciec, ale nie chcę na nowo poruszać tego tematu. Już rozmawialiśmy o tym, że Nathan prawie wcale nie ma kontaktu ze swoim tatą. Tia mruczy zadowolona i słyszę, że Nathan się śmieje.
- Co?
- Tia już Cię uwielbia. Zresztą wcale mnie to nie dziwi. – Sykes podchodzi bliżej i motyle uśpione w moim brzuchu zrywają się do lotu.
- Też ją uwielbiam. Jest kochana!
- Bo będę zazdrosny.
- Głuptasie. – Odstawiam kota na łóżko i zarzucam chłopakowi ręce na szyję. – Cieszę się, że tu jesteśmy.
- A tak się bałaś…
- Znasz mnie, wiesz jaka ze mnie panikara.
- I tak Cię kocham. – Szepta Sykes i składa na moich ustach gorący pocałunek. 

W drodze do domu, wspominam czas miło spędzony z rodziną Nathana. Nie czułam się niezręcznie, wręcz przeciwnie bardzo swobodnie. Jego mama jest przemiłą osobą, a Jess powiedziała, że zawsze chciała zwiedzić Polskę. Nath wymyślił więc, że jeśli dostanie w najbliższej przyszłości urlop, zabiera wszystkie swoje kobiety do Polski. Czuję się szczęśliwa, jak nigdy. I chociaż wiem, ze nie wszystko idzie po naszej myśli i wiatr wieje w nam oczy, mamy siebie i to się liczy.

Jest ciemno. Ciemno i zimno. Nic nie widzę. Słyszę chlupot wody, gdzieś niedaleko. Gdzie jestem? Próbuję sobie przypomnieć, jak się tutaj znalazłam, ale mam pustkę w głowie. Jak odnaleźć drogę do domu? Idę przed siebie, co chwilę się o coś potykając. Tak bardzo chcę się stąd wydostać. I wtedy wyrasta przede mną jakaś postać. Jest zakapturzona, dostrzegam tylko przerażające, czerwone oczy, które spoglądają na mnie z nienawiścią. Chcę krzyknąć, ale nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Próbuję się wycofać, ale dociera do mnie, że nie mogę się ruszyć. Nie mogę nawet zamknąć powiek, żeby nie widzieć tego świdrującego, złowieszczego spojrzenia.
- Nie posłuchałaś i zobacz, co narobiłaś. -  Odzywa się zakapturzona postać głosem tak obrzydliwym, że moim ciałem wstrząsa dreszcz. Odsuwa się na bok i wtedy go dostrzegam.
Nathan. Mój Nathan leży bezwładnie na ziemi. Jest taki blady, ma szeroko otwarte oczy, a po jego twarzy spływa krew. Chcę krzyczeć, chcę go dotknąć. Nie potrafię. Mogę tylko patrzeć. Patrzeć na to, jak on umiera na moich oczach…

- Kochanie, jestem tutaj. Jestem przy Tobie. – Słyszę ciepły głos Nathana i wyrywam się ze szpon tego koszmaru. Oddycham głęboko, zalana łzami. On jest tutaj ze mną?
- Nath… - Mówię niemal bezgłośnie i rzucam się na niego z płaczem.
Nie wiem, jak długo mnie uspokaja. Nie mogę przestać płakać. Wciąż mam przed oczami jego, całego we krwi. Nath gładzi mnie po włosach i szepta, że wszystko jest dobrze, że to był tylko zły sen. Powoli łapie oddech, powoli dochodzę do siebie. Wtulam się w niego mocno, jakbym bała się, że ktoś mi go za chwilę odbierze i że znowu śnię i jego tutaj tak naprawdę nie ma.
- Już dobrze. – Nathan wciąż trzyma mnie w ramionach i kołysze uspokajająco. – Spróbuj zasnąć, kochanie.
- Nie, ja nie chcę. – Mówię cicho, bojąc się, że jak tylko zamknę oczy, znów przyśni mi się to samo.
- Ciiii… Jestem tutaj. – Nath obejmuje mnie jeszcze mocniej. Przymykam powieki i wsłuchuję się w miarowe bicie jego serca, które sprawia, że powoli odpływam w dobry sen.

Chłopcy wyjechali na dwa dni do Birmingham, gdzie mają kilka występów. Zostałam oczywiście pod opieką Teda, z którym zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Jowita jest w pracy, ja również. Ted kręci się po kinie i jest mi trochę głupio. Przecież on musi się potwornie nudzić. Korzystając z okazji, że nie ma ruchu przy kasie, podchodzę do niego i wręczam mu kawę.
- Napijesz się?
- Jasne, dzięki! – Odpowiada i posyła mi serdeczny uśmiech.
- Ted, przepraszam…
- Za co?
- Że musisz tutaj ze mną sterczeć.
- Żartujesz? To moja praca. Nie jestem tu za karę. – Ted uśmiecha się szerzej, a mnie robi się lepiej na sercu. Mogę wracać do swoich obowiązków.

Po południu wybieram się z Tedem do centrum handlowego. Chcę kupić Nathanowi jakiś mały prezent, tak od serca. Zastanawiam się nad nieśmiertelnikiem, lub czymś podobnym. Czymś, co będzie mu o mnie przypominało chociaż doskonale wiem, że on myśli o mnie cały czas. Tak, jak ja myślę o nim. Uśmiecham się pod nosem i wchodzę do jednego z ulubionych sklepów Nathana mając nadzieję, że kupię tutaj coś odpowiedniego. Ted nie depcze mi po piętach, spaceruje sobie kawałek dalej. Zna się na swojej pracy. To nie ma wyglądać tak, że on nade mną wisi. Mam totalną swobodę. Ted jest, można tak to ująć, trochę niewidzialny. Przemieszczam się powoli między wieszakami i dochodzę do stojaka z wisiorami. Przyglądam się kilku, kiedy ktoś mnie trąca. Spoglądam w dół i widzę małego, ciemnowłosego chłopca, który trzyma w ręku jakąś szarą kopertę. Wciska mi ją do ręki i po prostu ucieka. Rzucam się w pogoń za tym dzieciakiem, ale on jakby rozpłynął się w powietrzu. Mam dziwne przeczucia, że w tej kopercie jest coś, co mnie załamie. Otwieram ją i czuję, że brakuje mi tchu. Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Trzymam w dłoniach zdjęcia, na których jest Nathan. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że te zdjęcia zostały zrobione z ukrycia. Ktoś go śledzi. Ktoś śledzi zarówno jego, jak i mnie. Rozglądam się nerwowo, ale co mi to da? Do moich oczu napływają łzy, gdy czytam krótką notkę o tym, że to nie są żarty i albo zostawię Nathana, albo stanie mu się coś złego, bo najwyraźniej ich nie doceniam. Przypomina mi się mój ostatni koszmar i ogarnia mnie panika.
- Co się dzieje? – Ted staje przy mnie i widzę, że blednie. – Co to jest? Skąd to masz? – Bierze ode mnie fotografie i przegląda je pobieżnie.
- Ted, zabierz mnie do domu. Szybko. 

Pakuję się w pośpiechu. Znów się pakuję i odchodzę, ale tym razem naprawdę. Łzy nieustannie płyną po mojej twarzy. Ted ma do siebie pretensje, że dopuścił do takiej sytuacji, ale przecież to nie jego wina. Nie mam do niego żalu. Wcześniej, czy później i tak bym to dostała. Musiałam błagać go, żeby nie dzwonił do Nathana, ale i tak nie mam pewności, że tego nie zrobi. Czuję się tak, jakbym miała za moment umrzeć. Jak mam żyć bez miłości? Jak mam żyć bez Nathana? On jest moim powietrzem, moją inspiracją, moim wszystkim. Dlaczego nie możemy być po prostu szczęśliwi? Żeby on był bezpieczny, muszę zniknąć. Nie zniosłabym, gdyby jemu coś się stało. Muszę odejść. O tyle dobrze, że chłopcy wrócą do Londynu dopiero jutro, więc mogę się wyprowadzić po cichu. Skoro te szantażystki śledzą każdy mój ruch, będą wiedziały, że ja i Nathan nie jesteśmy już razem. Wiem, że złamię mu tym serce, ale nie mam wyboru…

Leżę na łóżku, w naszym małym mieszkaniu i patrzę w sufit. Nie mam już nawet siły płakać. Mój telefon dzwoni praktycznie cały czas od godziny. Nathan próbuje się ze mną skontaktować. Nie odbieram. Chcę zniknąć. Gdybym umiała cofnąć czas, sprawiłabym, żebyśmy się nigdy nie poznali, żebyśmy się w sobie nie zakochali. Nie cierpiałabym teraz tak bardzo wiedząc, że odchodząc sprawiam mu wielki ból. I jemu i sobie... Słyszę, że drzwi od mieszkania się otwierają i zrywam się natychmiast. Ted? Został na dole w samochodzie, chociaż kazałam mu jechać do domu. Na chwiejnych nogach wychodzę z pokoju i wpadam na Jowitę.
- Ada, co Ty odpieprzasz?! Wracam do domu po pracy, a Ciebie nie ma! Dzwonię, nie odbierasz. Dzwonię do Teda, nie odbiera. Dzwonię do Nathana, a on nic nie wie. Co Ty wyprawiasz?! – Przyjaciółka krzyczy na mnie i po chwili milknie, gdy dostrzega w jakim jestem stanie. - Ada…?
- Odeszłam. Tak będzie lepiej.
- Co…? Jak to… Lepiej? Dla kogo lepiej?!
- Dla niego. – Odpowiadam cicho, zdając sobie sprawę, że moje skronie pulsują z bólu.
- Ada! – Jowita łapie mnie za ramiona i potrząsa mną mocno. – Kochana, przecież mówiłaś, że się nie poddasz, że żadne groźby nie są stanie was zniszczyć, że możecie poradzić sobie ze wszystkim.
- Najwidoczniej zmieniłam zdanie.
- Nie możesz!
- Mogę i właśnie to robię! – Wrzeszczę i znów do moich oczu napływają łzy.
Wracam do pokoju i rzucam się na łóżko. Jeszcze nigdy nie cierpiałam tak, jak teraz. Czuję się tak, jakbym nie miała już nic. Jakbym była nikim. Straciłam sens życia.

xxx

Mówiłam, że będzie drama...