Stoję pod prysznicem już prawie godzinę, mając nadzieję, że
gorąca woda mnie rozluźni. Dziś Sykes zabiera mnie do swojego domu rodzinnego,
a ja, jak to ja, umieram z nerwów. Jowita się ze mnie śmieje i ma ubaw z tego,
że tak panikuję. Nie ma to, jak wsparcie przyjaciółki. Ciekawa jestem, jak ona
się zachowa, kiedy Max zabierze ją do swojej mamy, a wydaje mi się, że to już
niebawem może nastąpić i George pójdzie w ślady Nathana. Zakręcam wodę i
wychodzę z kabiny myśląc o tym, w co się ubrać. Owijam się ręcznikiem i
przemykam korytarzem do naszego pokoju.
- Mmmm, hej. – Słyszę za swoimi plecami głos Jaya i odwracam
się szybko.
- Już wróciliście? – Ściskam ręcznik mocniej bo mam
wrażenie, że od jego spojrzenia za chwilę jakimś cudem zsunie się w dół. Ach,
ten Jay. – Eeee… Gdzie Nath?
- Na dole. W kuchni. – Bird, jak to Bird lustruje mnie z góry
na dół i z powrotem.
- McGuiness, bo powiem wszystko Nathanowi! – Wybucham
śmiechem, powoli wycofując się do pokoju.
- Nic nie mogę na to poradzić! – Odpowiada Jay, rozkładając
ręce.
- Do zobaczenia później! – Mówię z uśmiechem i zamykam drzwi
tuż przed jego nosem. Co za facet! Wkładam szybko bieliznę i właśnie wtedy do
środka wchodzi Nath. Standardowo, mój żołądek urządza sobie przejażdżki.
- Żałuję, że nie wszedłem ciut wcześniej. – Mówi powoli,
zniżając głos, czym w jednej chwili doprowadza mnie do szaleństwa. Wstrząsa mną
dreszcz. Jakie to typowe.
- Cześć… - Dukam, czując to niesamowite przyciąganie między
nami.
- Hej. – Odpowiada i tym jednym słowem sprawia, że w
sekundzie znajduję się przy nim i całuje go gorąco na powitanie, wsuwając
dłonie pod jego koszulkę. – Kochanie… - Mruczy wprost w moje usta, a jego palce
wędrują w dół, wzdłuż mojego kręgosłupa. – Nie masz pojęcia, jak bardzo jesteś
idealna.
- Nie jestem. – Szeptam, składając pocałunek na jego szyi.
- Dla mnie jesteś. – Nath chwyta moją twarz w swoje dłoń i
jego usta ponownie odnajdują moje.
- Muszę się szykować, bo spóźnimy się do twojej mamy. -
Mówię, gdy odrywamy się od siebie. Cholera, znowu zaczynam się denerwować tym
spotkaniem.
- Też idę pod prysznic. Niedługo jedziemy. – Sykes całuje
mnie przelotnie i wychodzi. Ja natomiast idę po Jowitę, bo potrzebuję jej rady.
Wychodzę z auta na chwiejnych nogach. Jasny gwint, jestem
taka stremowana, że mam ochotę stąd wiać. Ale przecież nie mogę. Muszę
natychmiast wziąć się w garść! Jowita ubrała mnie w czarne rurki i zwiewną,
miętową bluzkę bez ramion. Na to wcisnęła mi żakiet i kazała się ogarnąć. Nath
ma ze mnie ubaw, no świetnie. Wręcz śmieje się na głos, otwierając mi bramkę i
biorąc mnie za rękę. Piorunuje go spojrzeniem, ale on tylko składa pocałunek na
mojej dłoni i ciągnie mnie za sobą.
- Cześć! – Zanim Sykes zdąży zapukać, drzwi otwiera nam
drobna blondynka, jak się domyślam jego siostra.
- Hej, mała! – Nath przytula siostrę, a ja nie mogę się nie
uśmiechnąć. - Jess, to jest właśnie moja Ada. – Mówi Sykes spoglądając na mnie
czule. – Moja dziewczyna.
- Miło Cię poznać! – Jess ściska mnie na powitanie i nagle w
niewyjaśniony sposób cały stres, który mnie paraliżował, znika.
- Mnie Ciebie także. – Uśmiecham się do niej, czując, jak
coś przytula się do mojej nogi.
- Tia! – Nath schyla się i bierze swojego kota na ręce. –
No, popatrz, skarbie, już Cię polubiła.
- Dobry znak. – Mówi uśmiechnięta siostra Nathana i zaprasza
nas do środka, gdzie czeka już na nas ich mama.
Uśmiecha się do mnie serdecznie i już wiem, że niepotrzebnie
się martwiłam.
Po obiedzie i długich rozmowach, Nathan zabiera mnie na
górę, żeby pokazać mi swój pokój. Oczywiście towarzyszy nam Tia. Pomieszczenie
jest przytulne i pachnie w nim cytrusami. Na ścianach wisi kilka plakatów jego
idoli, a na półkach stoi mnóstwo ramek ze zdjęciami. Podchodzę bliżej i
mimowolnie się uśmiecham widząc małego Nathana na rowerze. Tia łasi się do mnie
więc biorę ją na ręce i przyglądam się dalej. Na jednym ze zdjęć Nath stoi obok
mężczyzny, do którego jest bardzo podobny. Domyślam się, że to jego ojciec, ale
nie chcę na nowo poruszać tego tematu. Już rozmawialiśmy o tym, że Nathan
prawie wcale nie ma kontaktu ze swoim tatą. Tia mruczy zadowolona i słyszę, że Nathan się śmieje.
- Co?
- Tia już Cię uwielbia. Zresztą wcale mnie to nie dziwi. –
Sykes podchodzi bliżej i motyle uśpione w moim brzuchu zrywają się do lotu.
- Też ją
uwielbiam. Jest kochana!
- Bo będę
zazdrosny.
- Głuptasie. – Odstawiam kota na łóżko i zarzucam chłopakowi
ręce na szyję. – Cieszę się, że tu jesteśmy.
- A tak się bałaś…
- Znasz mnie, wiesz jaka ze mnie panikara.
- I tak Cię kocham. – Szepta Sykes i składa na moich ustach
gorący pocałunek.
W drodze do domu, wspominam czas miło spędzony z rodziną
Nathana. Nie czułam się niezręcznie, wręcz przeciwnie bardzo swobodnie. Jego
mama jest przemiłą osobą, a Jess powiedziała, że zawsze chciała zwiedzić
Polskę. Nath wymyślił więc, że jeśli dostanie w najbliższej przyszłości urlop,
zabiera wszystkie swoje kobiety do Polski. Czuję się szczęśliwa, jak nigdy. I
chociaż wiem, ze nie wszystko idzie po naszej myśli i wiatr wieje w nam oczy, mamy
siebie i to się liczy.
Jest ciemno. Ciemno i zimno. Nic nie widzę. Słyszę chlupot wody, gdzieś niedaleko.
Gdzie jestem? Próbuję sobie przypomnieć, jak się tutaj znalazłam, ale
mam pustkę w głowie. Jak odnaleźć drogę do domu? Idę przed siebie, co chwilę
się o coś potykając. Tak bardzo chcę się stąd wydostać. I wtedy wyrasta przede
mną jakaś postać. Jest zakapturzona, dostrzegam tylko przerażające, czerwone
oczy, które spoglądają na mnie z nienawiścią. Chcę krzyknąć, ale nie jestem w
stanie wydobyć z siebie głosu. Próbuję się wycofać, ale dociera do mnie, że nie
mogę się ruszyć. Nie mogę nawet zamknąć powiek, żeby nie widzieć tego
świdrującego, złowieszczego spojrzenia.
- Nie posłuchałaś i zobacz, co narobiłaś. - Odzywa się zakapturzona postać głosem tak
obrzydliwym, że moim ciałem wstrząsa dreszcz. Odsuwa się na bok i wtedy go dostrzegam.
Nathan. Mój
Nathan leży bezwładnie na ziemi. Jest taki blady, ma szeroko otwarte oczy, a po jego
twarzy spływa krew. Chcę
krzyczeć, chcę go dotknąć. Nie potrafię. Mogę tylko patrzeć. Patrzeć na
to, jak on umiera na moich oczach…
- Kochanie,
jestem tutaj. Jestem przy Tobie. – Słyszę ciepły głos Nathana i wyrywam
się ze szpon tego koszmaru. Oddycham
głęboko, zalana łzami. On jest tutaj ze mną?
- Nath… - Mówię niemal bezgłośnie i rzucam się na niego z
płaczem.
Nie wiem, jak długo mnie uspokaja. Nie mogę przestać płakać.
Wciąż mam przed oczami jego, całego we krwi. Nath gładzi mnie po włosach i
szepta, że wszystko jest dobrze, że to był tylko zły sen. Powoli łapie oddech,
powoli dochodzę do siebie. Wtulam się w niego mocno, jakbym bała się, że ktoś
mi go za chwilę odbierze i że znowu śnię i jego tutaj tak naprawdę nie ma.
- Już dobrze. – Nathan wciąż trzyma mnie w ramionach i
kołysze uspokajająco. – Spróbuj zasnąć, kochanie.
- Nie, ja nie chcę. – Mówię cicho, bojąc się, że jak tylko
zamknę oczy, znów przyśni mi się to samo.
- Ciiii… Jestem
tutaj. – Nath obejmuje mnie jeszcze mocniej. Przymykam powieki i wsłuchuję się
w miarowe bicie jego serca, które sprawia, że powoli odpływam w dobry sen.
Chłopcy wyjechali na dwa dni do Birmingham, gdzie mają kilka
występów. Zostałam oczywiście pod opieką Teda, z którym zdążyłam się już
zaprzyjaźnić. Jowita jest w pracy, ja również. Ted kręci się po kinie i jest mi
trochę głupio. Przecież on musi się potwornie nudzić. Korzystając z okazji, że
nie ma ruchu przy kasie, podchodzę do niego i wręczam mu kawę.
- Napijesz
się?
- Jasne, dzięki! – Odpowiada i posyła mi serdeczny uśmiech.
- Ted, przepraszam…
- Za co?
- Że musisz tutaj ze mną sterczeć.
-
Żartujesz? To moja praca. Nie jestem tu za karę. – Ted uśmiecha się
szerzej, a mnie robi się lepiej na sercu. Mogę wracać do swoich obowiązków.
Po południu wybieram się z Tedem do centrum handlowego. Chcę
kupić Nathanowi jakiś mały prezent, tak od serca. Zastanawiam się nad
nieśmiertelnikiem, lub czymś podobnym. Czymś, co będzie mu o mnie przypominało
chociaż doskonale wiem, że on myśli o mnie cały czas. Tak, jak ja myślę o nim.
Uśmiecham się pod nosem i wchodzę do jednego z ulubionych sklepów Nathana mając
nadzieję, że kupię tutaj coś odpowiedniego. Ted nie depcze mi po piętach, spaceruje
sobie kawałek dalej. Zna się na swojej pracy. To nie ma wyglądać tak, że on
nade mną wisi. Mam totalną swobodę. Ted jest, można tak to ująć, trochę
niewidzialny. Przemieszczam się powoli między wieszakami i dochodzę do stojaka
z wisiorami. Przyglądam się kilku, kiedy ktoś mnie trąca. Spoglądam w dół i
widzę małego, ciemnowłosego chłopca, który trzyma w ręku jakąś szarą kopertę. Wciska
mi ją do ręki i po prostu ucieka. Rzucam się w pogoń za tym dzieciakiem, ale on
jakby rozpłynął się w powietrzu. Mam dziwne przeczucia, że w tej kopercie jest
coś, co mnie załamie. Otwieram ją i czuję, że brakuje mi tchu. Mam wrażenie, że
zaraz zemdleję. Trzymam w dłoniach zdjęcia, na których jest Nathan. I nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że te zdjęcia zostały zrobione z
ukrycia. Ktoś go śledzi. Ktoś śledzi zarówno jego, jak i mnie. Rozglądam się
nerwowo, ale co mi to da? Do moich oczu napływają łzy, gdy czytam krótką notkę
o tym, że to nie są żarty i albo zostawię Nathana, albo stanie mu się coś złego,
bo najwyraźniej ich nie doceniam. Przypomina mi się mój ostatni koszmar i
ogarnia mnie panika.
- Co się dzieje? – Ted staje przy mnie i widzę, że blednie. –
Co to jest? Skąd to masz? – Bierze ode mnie fotografie i przegląda je
pobieżnie.
- Ted, zabierz mnie do domu. Szybko.
Pakuję się
w pośpiechu. Znów się pakuję i odchodzę, ale tym razem naprawdę. Łzy
nieustannie płyną po mojej twarzy. Ted ma do siebie pretensje, że dopuścił do
takiej sytuacji, ale przecież to nie jego wina. Nie mam do niego żalu. Wcześniej,
czy później i tak bym to dostała. Musiałam błagać go, żeby nie dzwonił do
Nathana, ale i tak nie mam pewności, że tego nie zrobi. Czuję się tak, jakbym
miała za moment umrzeć. Jak mam żyć bez miłości? Jak mam żyć bez Nathana? On
jest moim powietrzem, moją inspiracją, moim wszystkim. Dlaczego nie możemy być
po prostu szczęśliwi? Żeby on był bezpieczny, muszę zniknąć. Nie zniosłabym,
gdyby jemu coś się stało. Muszę odejść. O tyle dobrze, że chłopcy wrócą do
Londynu dopiero jutro, więc mogę się wyprowadzić po cichu. Skoro te szantażystki
śledzą każdy mój ruch, będą wiedziały, że ja i Nathan nie jesteśmy już razem.
Wiem, że złamię mu tym serce, ale nie mam wyboru…
Leżę na łóżku, w naszym małym mieszkaniu i patrzę w sufit. Nie
mam już nawet siły płakać. Mój telefon dzwoni praktycznie cały czas od godziny.
Nathan próbuje się ze mną skontaktować. Nie odbieram. Chcę zniknąć. Gdybym umiała cofnąć czas,
sprawiłabym, żebyśmy się nigdy nie poznali, żebyśmy się w sobie nie zakochali. Nie
cierpiałabym teraz tak bardzo wiedząc, że odchodząc sprawiam mu wielki ból. I
jemu i sobie... Słyszę, że drzwi od mieszkania się otwierają i zrywam się natychmiast. Ted? Został na dole w samochodzie, chociaż kazałam mu jechać do
domu. Na chwiejnych nogach wychodzę z pokoju i wpadam na Jowitę.
- Ada, co Ty odpieprzasz?! Wracam do domu po pracy, a Ciebie
nie ma! Dzwonię, nie odbierasz. Dzwonię do Teda, nie odbiera. Dzwonię do
Nathana, a on nic nie wie. Co Ty wyprawiasz?! – Przyjaciółka krzyczy na mnie i
po chwili milknie, gdy dostrzega w jakim jestem stanie. - Ada…?
- Odeszłam.
Tak będzie lepiej.
- Co…? Jak
to… Lepiej? Dla kogo lepiej?!
- Dla niego. – Odpowiadam cicho, zdając sobie sprawę, że
moje skronie pulsują z bólu.
- Ada! – Jowita łapie mnie za ramiona i potrząsa mną mocno. –
Kochana, przecież mówiłaś, że się nie poddasz, że żadne groźby nie są stanie was
zniszczyć, że możecie poradzić sobie ze wszystkim.
- Najwidoczniej zmieniłam zdanie.
- Nie
możesz!
- Mogę i właśnie to robię! – Wrzeszczę i znów do moich oczu
napływają łzy.
Wracam do pokoju i rzucam się na łóżko. Jeszcze nigdy nie cierpiałam tak, jak teraz. Czuję się tak, jakbym nie miała już nic.
Jakbym była nikim. Straciłam sens życia.
xxx
Mówiłam, że będzie drama...
Boziu... Przecież Nada nie może się rozpaść! Jejku.. aż mi smutno :(
OdpowiedzUsuńCzekam aż bedzie lepiej ;)
Tak jeszcze wspomnę, nominowałam Cię do Liebster Awards! Szczegóły u mnie-> http://i-found-my-new-life.blogspot.com/ :*
Usuńno co Ty...? ojej! dziękuję! ;*
Usuń